Autor: Mira Jankowska      

Daremne będą nasze wysiłki i nasza praca, jeśli nie będziemy budować na fundamencie, którym jest Jezus, jeśli w pracy nie będziemy szukać Jego woli. Tylko budowanie na fundamencie Chrystusowej prawdy może wyzwolić człowieka z beznadziejności bezrobocia, ale także z bolesnych doświadczeń związanych z ludzką pracą. Chociaż czasem jest ona dla nas krzyżem, to przecież Pan Jezus powiedział, że jest to jarzmo słodkie i lekkie, bo na Nim samym jest budowane.

Zamiast jednak szukać woli Bożej, możemy nakładać na siebie własne krzyże. Dzieje się tak wówczas, gdy zwycięża w nas pycha i chęć bycia lepszymi od innych. Pragniemy wtedy owoce naszej pracy zachować tylko i wyłącznie dla siebie. Jezus zaś zachęca nas do dzielenia się naszą pracą z innymi. Zachęca nas także do wykonywania naszej pracy rzetelnie i w taki sposób, by stawała się ona naszą drogę do świętości. Zachęca nas do zaufania i otwartości serca, do tego, byśmy z Jego pomocą uchronili się przed chciwością, rządzą sytości i uznania.
Agnieszka
                       Jestem zafascynowana siostrą Faustyną Kowalską. Bardzo często czytam, tak na chybił trafił jej „Dzienniczek”. Wczoraj też go otworzyłam. Siostra Faustyna pisze, że poszła w listopadzie na cmentarz. Wchodząc powiedziała takie słowa: Duszyczki, pewnie jesteście już szczęśliwe, bardziej niż tu na ziemi? Uświadomiłam sobie, że człowiek jest rzeczywiście na tyle szczęśliwy, na ile rozpoznaje to, co Pan Bóg dla niego przygotował. O ile rozpoznaje własny krzyż niesiony na swoich barkach, w sytuacjach różnych: w pracy, w domu, wtedy, kiedy nie ma pracy i jej szuka, czy kiedy firma się „sypie”. Krzyż, który rozpoznaję, jest mi dany od Boga. Jak ja do tego swojego krzyża podchodzę? Na ile Go akceptuję? Na ile akceptuję to, że mam trudnych kolegów w pracy? Że wykonuję robotę, która czasami nie do końca mnie interesuje, że płatności nie wpływają na czas, że są małe – upokarzająco małe czasami, że muszę wykonywać pracę, która uwłacza mojemu wykształceniu czy zainteresowaniom. Jak mam traktować tych, z którymi współpracuję – oni są też trudni, ja jestem trudna, mam swoje cechy, które w pewnych pracach są bardzo użyteczne, ale już w innym typie pracy, do którego za chwilę Pan Bóg mnie przestawi – nie są użyteczne.
Nasze zaangażowanie w dziedzinę pracy zawodowej powinno spełniać podstawowy warunek, powinno być pożyteczne dla mnie, jako dla podmiotu tych działań, ale i dla innych ludzi. Powinno stać się osobistym wyzwaniem, które zmienia wewnętrznie człowieka. Z drugiej zaś strony moja praca ma wpływ na otoczenie – na tych, z którymi jestem w relacji jako podwładna czy jako przełożony, jako ktoś, kto prowadzi jakiś interes, czy ktoś, kto na razie szuka tylko pracy. Krótko mówiąc, Bóg daje nam łaskę działania. Po co jednak Bóg dał nam, ludzkości, człowiekowi możliwość działania, po co dał pracę? Dał ją, aby człowiek działał poprzez współtworzenie. Tak! Dokładnie tak. Fascynujące jest to, że Pan Bóg przez moje działanie zmienia świat. Dlatego ważną rzeczą jest tu rzetelność i uczciwość. Zła praca spowoduję, że ktoś przewróci się, zabije, albo złamie nogę. Będzie wkurzony, wściekły, i tę wściekłość przerzuci na psa, żonę, dziecko, albo na kogoś innego, z kim się spotka. W ten sposób uruchomi łańcuch zła. Jeżeli zaś coś zrobi dobrze, z uśmiechem, to zauważy zadowolenie innych i sam będzie zadowolony. Pan Roman Kluska, ( biznesmen ) zwrócił uwagę, że myślimy tylko punktowo, to znaczy faktami i nie łączymy ich w ciągi przyczynowo-skutkowe. Wszystkie rzeczy, które się w życiu zdarzają, rozpatrujemy jednostkowo. Narzekamy wówczas na ciężkie życie, albo np. na kolegę, który zawiódł i nie przyszedł, a miałam z nim poprowadzić spotkanie, itp. Trzeba sobie uświadomić, że z jakiegoś powodu mam być w powierzonym mi zadaniu sama, a nie z kolegą. Potrzeba, żebym czuła się zdana tylko na Boga. Wtedy pytania o sens życia nabierają innego wymiaru. I jeśli zastanowimy się dlaczego Bóg pozwala, żebyś przez pewien czas nie miał środków do życia, to coś to oznacza. Mamy skłonność myśleć wówczas, że Bóg karze nas za czynienie zła. A przecież to nie jest prawda. Człowiek szuka odpowiedzi na takie pytania. I znajduje je. W Psalmie 127 jest napisane: Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą ( Ps 127,1 ). I jest napisane też : Daremne jest dla was wstawać przed świtem, wysiadywać do późna - dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko; tyleż daje On i we śnie tym, których miłuje ( Ps 127,2 ).
 
Wszystko to, co ciężką harówą wypracuję, daje On i we śnie tym, których miłuje. Wobec tego pytam: Panie Boże, czy tylko niektórych miłujesz? Możesz zatem mnie nie miłować? Odpowiedź daje tu sam Chrystus, który w imię miłości odkupił nas wszystkich. Za wszystkich umarł, a więc i za mnie umarł, a to oznacza, że i ja jestem przez Niego kochana. Warto przypomnieć tu także inne słowa Pana: Starajcie się o Królestwo [Boga] i o Jego sprawiedliwość, a (...) wszystko będzie wam dodane (Mt 6, 33 ).
 
Każdy z nas musi zobaczyć swoje intencje i swoje faktyczne powody dla których pewne rzeczy robi. Jeżeli te intencje będą czyste, to wszystko inne będzie wam dodane. Jest to realizowanie misji Chrystusa, Jego woli, Jego planu, Jego strategii i Jego ekonomii. I wtedy bezrobocie czy trudności w pracy nie powalą, tylko dodadzą sił. W Liście do Rzymian czytamy: Dostąpiwszy więc usprawiedliwienia dzięki wierze, zachowajmy pokój z Bogiem, przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa - dzięki Niemu uzyskaliśmy na podstawie wiary dostęp do tej łaski, w której trwamy i chlubimy się nadzieją chwały Bożej ( Rz 5,1-2 ). Chlubimy się nadzieją chwały Bożej. Jesteśmy stworzeni na chwałę Bożą. Celem naszego istnienia jest chwała Boża. Mamy wychwalać Boga przez swoje istnienie. Mamy zachwycać się tym, że On wszystko mi daje: umiejętności, zdolności, tężyznę fizyczną, a także dobra materialne. Wszystko co mamy, mamy przecież od Niego.
 

Rozmawiałam kiedyś z Anną Dymną na temat założonej przez nią fundacji pomocy dzieciom niepełnosprawnym, także młodym ludziom i w ogóle ludziom upośledzonym. Powiedziała mi rzecz niezwykłą. Zapytałam ją czym jest dla niej szczęście. Odpowiedziała, że kiedyś, kiedy była młoda, piękna i szczupła, to nie wiedziała, że jest szczęśliwą. Zdarzyło się, że zmarł jej mąż, Wiesław Dymny – poeta. Stwierdziła wówczas, że życie nie ma sensu i chciała nawet popełnić samobójstwo. Postanowiła: ukończę jeszcze film i ze sobą po prostu skończę. Krótko potem miała wypadek, straciła pamięć i świadomość tego kim jest. Była połamana. Stopniowo odzyskiwała świadomość. Jak się obudziła, to czuła, że jest szczęśliwa, i cieszyła się, że żyje. Nie pamiętała swoich wcześniejszych rozterek. Stopniowo powracała do niej tamta rzeczywistość, ale jednocześnie wydarzenie to uświadomiło jej, że życie jest szczęściem, że istnienie jest szczęściem. Mówiła: kiedy mózg przestaje kombinować, kiedy przestajemy główkować, dlaczego mamy być szczęśliwi i czy jesteśmy mniej lub bardziej szczęśliwi, to po prostu człowiek wtedy jest szczęśliwy. Teraz widzi wszystko inaczej. Szczęście nabrało realnych kształtów. Docenia to, że ma dwie ręce, dwie nogi, parę oczu, że ma sprawną głowę, że w ogóle jest sprawna, że ma dla kogo żyć, że widzi ludzi, którym może służyć. Bycie w relacji z drugim człowiekiem oznacza szczęście. Proste czynności codzienne – to też szczęście. To, co człowiek robi dla innych, oczywiście robi także dla siebie. Działanie uzmysławia mu, że jest potrzebny.
Wróćmy do Listu Świętego Pawła. Pisze w nim: Chlubimy się także z ucisków, wiedząc, że ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość -  wypróbowaną cnotę, wypróbowana zaś cnota - nadzieję. A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany ( Rz 5, 3-5 ). Wołajmy dzisiaj do Ducha Świętego. Pozwólmy Mu działać. Nie blokujmy Go. Mam czasami takie przeświadczenie, że bardzo często przez nasze różne zahamowania, które mamy z dzieciństwa, może jeszcze z życia płodowego, z niedokochania przez rodziców, poprzez urazy i poranienia, nie pozwalamy Mu działać w nas. A On pragnie nas uleczyć. Pozwólmy Mu się kochać, pozwólmy mu poszaleć w nas. Kiedyś ktoś przysłał mi e-mailem piękną opowieść o motylu, który próbował wykaraskać się z kokonu. Ktoś troskliwy starał się mu pomóc, by szybciej z tego kokonu wyszedł. Przeciął kokon. Wyszedł z niego stworek, który miał dziwnie poskładane skrzydełka i duży odwłok. I taki pozostał, właśnie dlatego, że ktoś pomógł mu rozciąć kokon. A on przeciskając się o własnych siłach przez ten malutki otwór, dzięki substancji zawartej w odwłoku mógł rozwinąć skrzydła. A tak skrzydeł nie rozwinął i umarł – niedorozwinięty. Wszystkie nasze uciski: w pracy, w domu, w rodzinie, te z dzieciństwa i te, które wynosimy z pracy mają sens. Jeżeli już się dokonały, to tak, jakbyśmy przeszli przez grzechy własne, grzechy cudze, które na sobie niesiemy, a także przez różne zaniedbania. Jeżeli to już jest, to tego faktu nie zmienimy. Jedyne, co możemy zrobić, to pozwolić temu z nas wyjść. Potraktować to jako pewien skarb i podziękować Bogu za ten trudny dar. A wówczas Pan Bóg będzie mógł w nas działać. Wtedy ta „dziura” w nas, ta przestrzeń wypełniona zostanie przez Niego, stanie się skarbem, talentem, który puszczony w obieg będzie służył innym ludziom. Wtedy człowiek zrozumie innego człowieka, bo będzie wiedział czym jest wewnętrzna udręka. Wtedy nie przekreśli człowieka, nawet tego, który zadaje krzywdę, bo będzie wiedział, że on być może doświadczył jeszcze czegoś gorszego. Chlubimy się także z ucisków, wiedząc, że ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość - wypróbowaną cnotę ( Rz 5,3 ). Te różne trudne sytuacje, te jakby zawieszenia w próżni, kiedy nie masz pieniędzy, nie masz pracy, nie wiesz co ze sobą zrobić, nie wiesz czy w ogóle jesteś czegoś wart, powodują, że człowiek zaczyna w końcu coraz bardziej ufać Panu Bogu. Przez te różne trudy Pan Bóg pragnie pogłębić relacje z człowiekiem. Jest to swego rodzaj umieranie. Umieranie nie dokonuje się wtedy, kiedy ja umieram fizycznie – ono dokonuje się cały czas – to jest umieranie i zmartwychwstawanie cały czas. Przez te trudy, przez te cierpienia, przez wytrwałość i pozostanie na krzyżu, który Bóg mi daje, umieram i wtedy otrzymuję od Niego zmartwychwstanie. O ileż człowiek jest wtedy mądrzejszy, o ileż szczęśliwszy, o ileż bogatszy – bogatszy Bogiem, bo wie, że tylko na Niego tak naprawdę może liczyć. Na człowieka nie zawsze do końca można liczyć. Człowiek często zawodzi. Myślę, że ważne jest, byśmy poddali Panu Bogu tę sferę życia, w której cierpimy, która nam doskwiera, której się boimy. Każdy boi się, że straci pracę, że nie wytrzyma w tej pracy – niektórzy są mobbingowani. Bardzo dużo jest takich sytuacji, gdzie są złe relacje w pracy, gdzie jest dręczenie psychiczne i są niezdrowe układy. Jedynym rozwiązaniem jest wprowadzenie w to wszystko Boga i powierzanie Mu naszej pracy i naszych działań. Wtedy nie jesteśmy sami. On jest z nami.
 

                        Kiedyś przez kilka lat pracowałam w „Twoim Stylu”. Był to dla mnie trudny czas. W ogóle nie wiedziałam, kim ja tam jestem, bo mnie tematyka tego pisma nie interesowała. W redakcji ludzie byli skłócani ze sobą. Sytuacja była bardzo nerwowa. Dziennikarki, rasowe dziennikarki, do krwi obgryzały paznokcie, albo brały tabletki na uspokojenie. Takie były relacje. I niektórzy z moich znajomych, świątobliwych ludzi, mówili: Mira, ty w ogóle tam nie siedź, bo to jest kłębowisko żmij – Pan Bóg ciebie tam nie chce. A ja się zastanawiałam: To Panie, to gdzie Ty mnie chcesz? A żeby było śmieszniej, to praca ta była efektem modlitwy. Myślałam: więc jeżeli mnie tutaj nie chcesz, no to gdzie Ty mnie chcesz? Pokaż mi to. I zaczęło się coś dziać. Zaczęłam chodzić do OO Paulinów, na Starym Mieście, codziennie na Msze święte. Była tam mocna ekipa księży. A w trakcie czytań, albo homilii słyszałam takie słowa, które były odpowiedzią na moje najgłębsze problemy. Pomyślałam sobie: oni mają chyba podsłuch u mnie w domu. Dopiero potem zrozumiałam, że to Duch Święty działa, że to jest Duch Święty, który przez ludzi odpowiada na moje pytania. I okazało się, że Pan Bóg mnie stamtąd zabrał. Najpierw poodcinał mi przyjaźnie – w taki sposób oczyszczał mnie. Kiedy w konfesjonale wypłakiwałam księdzu wszystkie moje żale, on powiedział: dziecko, ty się ciesz, bo Jezus zwalcza w tobie Jego rywali. To była prawda. Zakończenie tej historii jest takie, że poszłam na nocne czuwanie. Przed pójściem na nie ktoś mi powiedział: słuchaj, ale tam idź wcześniej, o 21-szej czy nawet przed 21-szą, idź do przodu, idź przedtem do łazienki i w ogóle wszystko zrób wcześniej, bo potem nie będziesz w stanie wyjść, bo tam siedzi się na ludziach – taki jest tłok. I rzeczywiście, tłok był taki, że ludzie stali jeden na drugim Było to czas Wielkiego Postu. Katechezy dotyczyły Jezusa Chrystusa i Jego krzyża. Dotyczyły cierpienia Chrystusa. Ksiądz zwracał uwagę na to, że Jezus nie chciał tylko cierpienia dla cierpienia, pragnął krzyża. Modlitwa „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Wszakże nie moja wola lecz Twoja niech się stanie” ( Łk 22,42 ) nie jest modlitwą schizofreniczną. Jezus przyjął krzyż dlatego, że wiedział, że za tym jest ciąg dalszy. A więc przyjmij dzisiaj i ty twój krzyż życia – ten, którego i tak nie jesteś w stanie porzucić – przyjmij i podziękuj za to Bogu – może to być relacja z twoją żoną, z twoim mężem, z dzieckiem, z rodzicem, z pracą, z szefem w pracy – podziękuj Bogu za to, szczerze. Pomyślałam wtedy: dla mnie największym krzyżem jest ta praca, więc muszę za nią Bogu podziękować. Dziękowałam i modliłam się więc za cały zespół, za chore układy w redakcji, żeby Pan Bóg je uzdrowił. Modliłam się w taki sposób: Panie, modlę się za te osoby, bo one są być może daleko od Ciebie i dlatego potrzeba cierpienia. I modliłam się tak nieustannie, dźwigając swój krzyż.

Istnieją trzy rodzaje relacji człowieka do krzyża. Jedna, to jest odrzucenie go - to bunt przeciwko niemu. Druga relacja, to, kiedy bierzesz krzyż, ale bierzesz go z konieczności, z przymusu, a twoja postawa nie do końca jest szczera. Trzecia relacja, to relacja Jezusa: tak, Panie Boże, jeżeli taka jest Twoja decyzja, to ja się też na to zgadzam. Najtrudniejsza, bo trzeba ją dokonać w szczerości. Dla mnie świadomość krzyża pociągała za sobą wielkie wyrzeczenia. Rujnowała mój stosunek do wykonywanego zawodu. Takie słowa nie chciały mi przejść przez gardło. Naprawdę nie byłam w stanie tego wypowiedzieć. To mi nie mogło przejść przez gardło. Bo chodziło o to, żebym miała podziękować za to, że jestem w tej redakcji i że choćby do końca życia, to ja się na to zgadzam. Dziękuję Ci za to i chcę tego, bo Ty tego chcesz, jeśli tak chcesz. Ta świadomość, to przekroczenie granicy dramatu było ponad moje siły. Jeśli ktoś tego nie doświadczył, nie zrozumie tragedii takiego wyboru. Nie zrozumie także konieczności takiego wyboru.
Potem chodził kapłan z Panem Jezusem w monstrancji. Uwierzcie mi, Pan Jezus naprawdę leczy. Wszystko wydarzyło się w nocy, z soboty na niedzielę. Jest niedziela, budzę się w domu rano i nie płaczę, i w ogóle jest mi lżej, lekko i dobrze. W poniedziałek idę do pracy – nie płaczę. W pracy – bez większych zmian. Czyli jest tak: pierwszy dzień – niedziela; drugi dzień – poniedziałek; trzeci dzień – wtorek – idę do pracy, też nie płaczę. We wtorek szefowa mówi do mnie: Pani Miro, niech pani zostanie, bo ja bym chciała z panią dwa słowa zamienić. Pomyślałam wtedy tak: Panie Jezu, nie mogę iść do kościoła, chociażbym bardzo chciała. Będę posłuszna mojej szefowej i zostanę. Bo już chciałam machnąć ręką na to i pójść, ale mówię: no, nie, to jest szefowa, więc zostanę. I co mówi mi szefowa? – Mówi mi ( a to był trzeci dzień ), że konieczne są w firmie redukcje etatów i że ona już trzem osobom podziękowała za pracę i musi zwolnić jeszcze dwie i jest jej strasznie przykro, ale jestem jeszcze młoda (wtedy byłam młodsza) i że przede mną całe życie, cała kariera i krótko mówiąc, dziękuje za pracę także i mnie. Myślałam wtedy, że się jej z radości rzucę na szyję. Ona patrzyła na mnie smutno i mówiła takim smutnym głosem, starając się podtrzymać mnie na duchu, a mnie oczy robiły się z wrażenia pełne radości. Potem poszłam do mojego pokoju. Zadzwoniłam do domu, i mówię: Mama! Zwolnili mnie z pracy! To był trzeci dzień – to był czas Zmartwychwstania. Cierpiałam, i wiem, że kiedy się wytrzyma na krzyżu, to trzeciego dnia nastąpi zmartwychwstanie. Mogłabym opowiadać milion takich przypadków i milion sytuacji, kiedy widzę, że Pan Bóg stawia mnie pod ścianą. Są to sytuacje, kiedy On mi daje jakieś trudne wyzwania. Moja droga jest drogą przez pracę. Wy macie najczęściej, takie trudne sytuacje przez życie rodzinne. Ja nie mam własnej rodziny, więc jestem prowadzona nieco inaczej, ale to samo jest w rodzinie – w relacjach rodzinnych, małżeńskich. Takie zmartwychwstawanie zdarza się wtedy, kiedy Pan Bóg sam dopuszcza ucisk, bo chce ci dać coś więcej, chce ci dać nowe życie, chce ci pokazać jak bardzo On jest w twoim życiu ważny. Żadnych sytuacji nie przepuści, żeby ci powiedzieć jak bardzo cię kocha i jak bardzo Mu na tobie zależy.
 

                        Są jednak sytuacje, kiedy pakuję się w grzech, pakuję się w rzeczy, które nie są od Niego. Oczywiście, że się pakuję, bo to jest normalna kolej rzeczy, jeszcze nie jestem po drugiej stronie, jeszcze podlegam temu doładowaniu negatywnemu, czyli od duchów złych i czasami się daję na to złapać. I widzę, jak Pan Bóg za chochoły wyciąga, jak dopuszcza różne dramatyczne wręcz sytuacje, żeby człowieka uratować.

                        Mówię bardzo nieskładnie i chaotycznie, i tak naprawdę nie wiem co z tego wszystkiego możecie dla siebie wziąć. Dla mnie to spotkanie jest dobrem. Rysuje się mi tu obraz waszych rodzin. Jesteście pięknymi rodzinami. Macie świadomość siebie i tego czym żyjecie. Myślę sobie, że tak, jak to dzisiaj postrzegam, Pan Bóg daje mi rozeznanie w sferze pracy, gospodarki, czy działań społecznych. My, jako chrześcijanie, którzy znamy prawdę, i którzy jesteśmy w nią wkorzenieni, mamy być światłem świata, nadzieją dla innych. To dlatego jesteś tam, gdzie jesteś, bo inni mają czerpać z ciebie radość i nadzieję. To, że tutaj jesteśmy, jest po to, żeby wyrzucić z siebie to, co nas dręczy i wypełnić się tym, co On chce nam dać. Nie po to jednak, by to zachować dla siebie, ale, po to, żeby iść do innych i służyć im. Praca jest służbą. Tym, co robisz – budując, konstruując, pisząc, pracując w domu, wychowując dzieci – służysz innym. To jest praca fundamentalna na rzecz rodziny ludzkiej. My nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ciężką i odpowiedzialną pracę wykonujecie, wychowując dzieci, wychowując kolejne pokolenie. Do pracy na mojej małej działce, na tej działce, którą Pan Bóg mi daje w zarząd – mam wprowadzać Jego porządki i Jego zasady. Jeżeli pracujesz w szkole – to w szkole, jeżeli w urzędzie – to w urzędzie. Wtedy zacznie się zmieniać to, o czym marzymy i do czego dążymy. Zmieniać się będzie zgodnie z wolą Bożą.

Mój spowiednik mówi, że Pan Bóg nie stworzył woli Bożej osobno, obok ciebie – on stworzył człowieka z miłości. To więc, co w nim jest najgłębszą intuicją, największym pragnieniem, najgłębszą tęsknotą, najczystszą intencją, nazywa się wolą Bożą. To jest wola Boża. To nie to, że ja na przykład sobie wymarzę, że będę mieć męża. Może nie będę mieć? Może mam żyć sama, żeby służyć w ten sposób innym ludziom? I przyjąć to jako łaskę. Rozpoznać w tym Jego dar miłości. A w małżeństwie, poprzez wasz związek, przez pracę wewnętrzną i dialog między sobą wypełniacie wolę Bożą. To jest trudna praca, bardzo trudna, ale jakże piękna. Jak się na was patrzy, to naprawdę serce rośnie. Miejcie tę świadomość, kochani, że przez was ludzie rozpoznają miłość Boga – przez wasz stosunek do siebie, nawet przez różne trudy, przez upadki i przez podnoszenie się z nich. To jest nieustanna praca. To jest dowód miłości Bożej.

Myślę, że czas takiego wielkiego bezrobocia w Polsce i dziwnych społecznych relacji jest skazą po komunizmie, skazą, którą ks. Józef Tischner nazwał homosovieticus , a która uwidacznia w zachowaniach zakodowane postawy dawnego systemu: braku odpowiedzialności za czyny, za to co robię, za to, co jest mi powierzone, za wycofywanie się z podjętych zadań, za brak inwencji. Mamy przecież wiele pretensji do tego, co jest naokoło. A to w kościele nie tak śpiewają, a to że nie taki ksiądz, a to, nie to mówi, co powinien mówić itd. A ty sam co zrobiłeś, żeby zmienić, to, co ci przeszkadza? Co ja zrobiłam, żeby coś zmienić i na ile wytrwałam w tym, żeby faktycznie to zmienić? Łatwo jest powiedzieć, ale trudniej jest wytrwać w działaniu, w postanowieniach. I tu mamy rzecz super istotną – wytrwałość. Sytuacja, w jakiej dzisiaj jesteśmy jako społeczeństwo, jest ogromną łaską dla nas. To dar od Boga. To jest łaska od Boga, bo to jest ucisk, a z ucisku bierze się i wytrwałość, i to, co pisze Święty Paweł: Chlubimy się także z ucisków, wiedząc, że ucisk wyrabia wytrwałość, a wytrwałość -  wypróbowaną cnotę, wypróbowana zaś cnota - nadzieję (Rz 5,3).Wypróbowana! To znaczy wypróbowana w ogniu. Nie próbuje się cnoty w wodzie, ale próbuje się ją w ogniu.

Moją nadzieją jest Bóg, w Nim pokładam nadzieję. Nadzieję, czyli ufność. Nie mówię, że ufam, że Bóg jest. Pewnie. Szatani też wierzą i wiedzą. Ufność polega na tym, że ja wiem, że On wie więcej niż ja i chce dla mnie dobrze. Ufność to zawierzenie. Wracając więc do spraw społecznych, ufajmy, żeby sytuacja, w jakiej jesteśmy otworzyła nam oczy na to, co jest jeszcze do zrobienia.

Drodzy państwo – to jest czas pozytywizmu, pracy u podstaw i powrotu do Boga. Jest to powrót do pracy organicznej. Organicznej o tyle, że mamy jak organizm zacząć funkcjonować. Potrzeba refleksji i działania, by swoje predyspozycje – wszelkie – wykorzystywać na rzecz innych, by posłużyć się nimi dla dobra człowieka. Chrześcijaństwo jest misyjne. Nie wolno nam zamknąć się w swoim świecie. Pan Bóg nas z tego też rozliczy. Powie: kochana, co zrobiłaś dalej? Jak świadczyłaś w swojej rodzinie, wśród sąsiadów? Co zrobiłeś w twojej gminie? A co zrobiłeś dla Polski, a nie, co Polska zrobiła dla ciebie? Co zrobiłaś dla Europy? Nam się wydaje, że nic nie możemy zrobić. Bzdura! Możemy zrobić bardzo wiele, tylko nie hamujmy Ducha! Niech on po prostu w nas robi to, co chce.
Panie Boże, my Tobie po prostu oddajemy się cali do dyspozycji. Ty wypełniaj te wszystkie nasze „dziury” i przestrzenie i uruchamiaj w nas te talenty, które w nas złożyłeś, te predyspozycje, które w nas tkwią. Puszczaj je Panie w ruch, pomóż nam puścić je w ruch, żeby one się pomnożyły.
 
                        Każdy z nas ma od Pana Boga niepowtarzalny zestaw zdolności, predyspozycji, doświadczeń. Niepowtarzalny dlatego, że nikt nie ma takiego samego, identycznego zestawu. Ja nie mam takiego jak ty masz, a ty nie masz takiego jak ja mam. Dlatego ty potrafisz robić coś, czego ja w ogóle nie umiem. Ja na przykład nie potrafię wychowywać dzieci, mieć takiej cierpliwości jak Kasia i Robert – nie potrafię, bo nie byłam matką i nie mam doświadczenia rodzenia. Rodziłam duchowo – może tak, ale inaczej nie.
 

                        Należy uświadomić sobie, co posiadam. Szczerze to wypisać przed Bogiem, żeby On wiedział, że jesteśmy świadomi swoich talentów i swoich osiągnięć poprzez zdolności, które od Niego otrzymaliśmy. Wypiszcie sobie wszystkie wasze talenty, a potem skonsultujcie je z drugą osobą. Zobaczycie wówczas jakie sprawy dostrzegacie, a na ile jeszcze jesteście ślepi. I zróbcie to znów, na przykład za miesiąc, czy za pół roku, żeby sobie to uświadomić, że Bóg zawsze obdarowuje. Idąc do Niego zawsze coś otrzymujemy. U Boga zawsze jest coś. On to coś tobie dał, bo chce to w tobie uruchomić, żebyś się spełniła, czy spełnił, żebyś posłużył tym innym ludziom. Wtedy się spełniamy, kiedy służymy innemu człowiekowi, czy to mężowi, czy sąsiadowi, czy komuś zupełnie obcemu. Wychowując dzieci, wiecie, że one będą w przyszłości tworzyły nasz kraj. To ogromna robota, kawał roboty. Jeżeli to zaniedbacie, jeżeli tego nie wykorzystacie, to z tego także będziecie rozliczani przed Bogiem. To jest tak, że ja mam coś i ty masz coś. Jeżeli uruchomimy to, co mamy każdy z nas, w takich konstelacjach, jakie mamy, to wtedy można  ruszyć z posad bryłę świata. Gdyby każdy na swoim poletku zaczął coś takiego robić, to słuchajcie: Pan Bóg ma taką drożność, że On może robić z nami co tylko chce, może uruchomić w tobie takie talenty, o jakich nawet nie śniłeś.

Audycje, które przygotowuje dla Radia Józef, robię społecznie. Przez myśl by mi nie przeszło, że w ogóle coś takiego będę robić. Nie jestem z wykształcenia radiowcem, czy dziennikarzem. Bóg po prostu kiedyś uruchomił we mnie coś, a przez wytrwałość (ucisk też), przez ciężką pracę wyrobił we mnie także dodatkowe cechy. I pomyśl, czy w twoim życiu nie ma takich faktów, takich wydarzeń, które uruchomiły falę kolejnych spraw, które spowodowały, że nagle zobaczyłeś, że potrafisz realizować się w czymś nowym i że to daje ci radość. Jeśli pozwolimy Panu Bogu tak naprawdę w nas działać, to efekty tego będą niezawodne, rzec by można konkretne i wymierne dla rodziny i dla mnie osobiście.
Przemiana świata zaczyna się od środka, od wnętrza. Wszystko zaś wypływa z modlitwy. Modlitwa jest wejściem w kontakt z Bogiem, w żywą z Nim relację. On pokazuje człowiekowi pewne osoby, pewne rzeczy, daje pewne obrazy, ucząc jak ma postępować. On daje człowiekowi Siebie. Trzeba tylko umieć to dostrzec.
 
 
 
 
 
Świadectwo Janka:
 
 
 
                        Na początku chciałem podziękować Panu Bogu za tę łaskę, że nasze zespoły rozpoczęły tematykę dotyczącą pracy. Chciałem podziękować księdzu Krzysztofowi, a także Jackowi, że zdecydowali by ten problem nam wszystkim przybliżyć. Chwała Panu!
 

                        Od ośmiu miesięcy znów pracuję. Przed ośmioma miesiącami jednak był dramat w mojej pracy, bo ta praca rozpadała się po prostu. Była praca, ale tak jakby jej nie było. Do domu przyjeżdżałem pełny niepokoju i obojętności wobec wszystkiego, co się w domu działo: wobec żony i wobec dzieci. Ogarniało mnie przygnębienie, apatia, widmo bezrobocia i brak środków do życia. Są przecież małe dzieci – jest nas sześcioro – był to więc głęboko uzasadniony niepokój. Pracowałem na Tarchominie. Wracając do domu na Wolę przejeżdżałem obok kościoła św. Józefa na ul. Deotymy. Jadąc koło Moczydła, myślałem: tu jest kościół, Najświętszy Sakrament, muszę tu codziennie być. Postanowiłem, że będę tę sprawę składał Panu Bogu na bieżąco, codziennie. Będę Mu ją zawierzał. I tak się zaczęło. Przychodziłem tu z początku nieufnie. Pytałem: co to da? Zobaczyłem jednak, że nie tylko ja tu przychodzę, że obok klęczy policjant, dalej zaś siostra zakonna i bezdomny. Dojrzałem w tym jakby przekrój przeciętnego Polaka. Zobaczyłem, że ci ludzie głęboko są tam zaangażowani w modlitwę i że oni coś z tego wynoszą, gdy wychodzą z kościoła. I tak to się zaczęło. Postanowiłem więc utratę pracy złożyć w ręce Pana Boga, ale nie w taki sposób, że jakiś tam pacierz odmówię i koniec.

Jest taka scena ewangeliczna, kiedy płynie łódź, uczniowie siedzą obok Pana Jezusa, ta łódź tonie, a On śpi i oni przerażeni zaczynają wołać ratuj Panie, bo giniemy. ( por. Mt 8, 25) To moje wołanie było podobne. Uchwyciłem się Pana z całych sił i postanowiłem, że nie puszczę się Go, dopóki coś się nie wyjaśni. I codziennie zajeżdżałem do kościoła, do domu nie jechałem, tylko najpierw tam, właśnie na Deotymy. I tak upłynął miesiąc.

Pewnego wieczoru zatelefonował kolega i mówi: słuchaj, ktoś tutaj taki przewinął się przez naszą firmę i mówi, że jest jakaś praca. Nie znam za bardzo tego człowieka. Podam ci telefon do niego i dogaduj się z nim. Z niepokojem na drugi dzień zadzwoniłem. Rozmowa była sztywna, nie rokująca powodzenia. Nie zniechęcałem się jednak. Na drugi dzień znowu zadzwoniłem i ten człowiek już jakoś chętniej ze mną rozmawiał. Pytał gdzie pracowałem wcześniej, co robię obecnie, itd. Było chyba z pięć czy sześć tych telefonów, aż w końcu doszło do spotkania. Pojechaliśmy oglądać na terenie Warszawy różne urządzenia, żeby zakupić je dla firmy. Było to swego rodzaju wypróbowywanie mnie, co ja mogę, co ja potrafię, do czego jestem zdolny. Później doszło do następnego spotkania w firmie, gdzie główny szef ( ten którym się kontaktowałem był wiceszefem ) oprowadził mnie po wszystkich pomieszczeniach. Oddając w tym momencie Panu Bogu problem mojej pracy, skwapliwie wyszukiwałem na ścianach krzyżyka, jakiegoś obrazka, jakiegoś znaku, który potwierdzi, że jest to dla mnie odpowiednie miejsce pracy. Myślałem wówczas: czy Ty Panie Boże gdzieś tu jesteś w tej firmie? Jeśli jesteś, to będzie znakiem dla mnie, że w tej firmie znajdę zatrudnienie. Przeszliśmy wszystkie kąty od góry do dołu – nic nie było. Byłem zaniepokojony. Weszliśmy do gabinetu prezesa. Zaczęliśmy rozmowę kwalifikacyjną. Byłem przerażony, jak zaczął mi wyjaśniać, jakie muszę wykonywać prace. Przeraziłem się, że nie podołam tej pracy, bałem się, ale starałem się tego nie okazywać. Wszystko oparte tu było na mechanice precyzyjnej, na urządzeniach amerykańskich, francuskich, niemieckich. To tak, jakby z Malucha przesiąść się do jakiegoś statku kosmicznego. Takie było moje odczucie, takie porównanie. Byłem przerażony i już. Mówiłem sobie w duchu: na końcu rozmowy powiem dziękuję, nie dam rady. A to, że nie znalazłem w tej firmie żadnego znaku Pana Boga, utwierdzało mnie w przekonani, że ja tu zatrudnienia nie znajdę. I kiedy tak ta rozmowa trwała, w pewnym momencie mój przyszły pracodawca mówi: coś tu gorąco jest. Rozpiął koszulę i odruchowo wyciągnął łańcuszek z  Panem Jezusem Ukrzyżowanym. Położył Go na chwilę na dłoni. Jak to zobaczyłem, to jakby uderzył we mnie piorun. Odebrałem to jako znak, że tu jest Pan Bóg i ponagla mnie: idź do przodu, rusz się! powiedz tak tej pracy. Byłem przerażony ogromem odpowiedzialności. No to co, decydujemy się, piszemy umowę?” –  usłyszałem. Odpowiedziałem: tak.
To, że z Panem Bogiem podjąłem tą pracę, powoduje, że bardzo się pilnuję, żeby być odpowiedzialnym za wykonanie każdej czynności. Ojciec Święty powiedział na Westerplatte: jeśli od ciebie nie będą wymagać, to ty musisz wymagać od siebie samego. Wydaje mi się że to wyzwanie narzuca człowiekowi rzetelność w stosunku do wykonywanej pracy. Staram się ją wykonywać dobrze, niezależnie od tego czy widzi to, czy też nie widzi mój pracodawca. Sam zostaję nawet dłużej, żeby pracę wykonać, jeśli nie zdążę, i wiem, że to jest tak, jakbym przed Panem Bogiem tą pracę wykonywał. Chwała Panu!
 
Świadectwo Ewy, żony Janka:
 
 
 
                        Janek nie powiedział o tym, co było przed tym, jak dostał to wymówienie. W zasadzie pracował całymi tygodniami bez umowy i nie wiedział czy „na czarno” pracuje, czy legalnie. W ciągu roku pracodawca zredukował mu zarobki o połowę. Nie było to ekonomicznie uzasadnione, tylko na zasadzie: wiecie, jest takie bezrobocie, to ja mam okazję pokazać, że tu rządzę. Cały czas uświadamiał Jankowi, że może zmienić pracę: jak chcesz, to możesz zmienić pracę, jak znajdziesz, to dobrze. To taki człowiek, który poniżał swoich pracowników na różne sposoby. W pracy była bardzo zła atmosfera i to przenosiło się na dom. Janek wracał z pracy nabuzowany. Prędzej czy później wszystkie te napięcia z niego wychodziły. Był to główny temat naszych rozmów. Ponieważ chodzę do pracy po południu, to często wychodziłam z domu pełna emocji. Przeżywałam to, co on przeżywał. Z perspektywy czasu patrząc na to widzę, że dobrze się stało, że go zwolnili, bo wreszcie mógł zmienić tą pracę. Pan Bóg jakby dał mu lepsze miejsce, gdzie może godnie pracować. Cały kontekst tej sytuacji dotyczy godności ludzkiej pracy i jest bardzo ważny. Mogę powiedzieć, że teraz mój mąż wraca z pracy i nic nie mówi, co się tam dzieje. Pytam go nieraz: powiedz coś, no powiedz, co wy tam robicie. – A co ja ci będę mówił? – odpowiada. Są normalne stosunki, normalna atmosfera. Ta praca jest naprawdę dobrem dla niego samego – nie tylko w sensie finansowym, ale ona jakby buduje jego wnętrze i takie mamy poczucie, że wypełniła się tu wola Pana Boga. Chwała Mu za to.
 
 
 
Świadectwo Roberta:
 
 
 
                        Kasia, jak wiecie, jest w tej chwili w dziewiątym miesiącu w ciąży, tak, że szykujemy się niedługo do porodu. Mniej więcej dziewięć miesięcy temu rozesłaliśmy do wszystkich naszych znajomych – część z was może pamięta – takiego SMS-a, który mniej więcej był tej treści: (Kasia miała operację w zeszłym roku i chodziła o kulach ) Kasia już chodzi, a ja straciłem pracę. Chwała Panu, Alleluja! Potem oczywiście rozdzwoniły się telefony, bo z czego tutaj się cieszyć.
 

                        Chciałem powiedzieć o takiej sytuacji, w której strata pracy jest też dobrodziejstwem. Każdego dnia, kiedy jestem teraz w domu, uświadamiam sobie jak bardzo jestem tu potrzebny. Ciąża żony ( piąta ) jest dużo trudniejsza dla niej niż poprzednie i nawet moja praca, która była luźna i czasami nie musiałem w ogóle wyjeżdżać do pracy, nie gwarantowała tego, żeby po prostu przy niej być. Okazało się, że mimo, iż jestem w domu, to cały czas są jakieś braki, cały czas są jakieś potrzeby, tyle rzeczy się dzieje. Cały czas są jakieś zaległości. Zachodzę w głowę, jak to mogło funkcjonować w sytuacji, w której jeszcze pracowałem. Chyba żeśmy nic zupełnie nie robili z tych rzeczy, które powinniśmy.
Strata pracy otworzyła mi nową furtkę, z której bym pewnie nigdy nie skorzystał. Pewnie jeździłbym tak codziennie do pracy, wracał i potem no, nie wiem... sprzątał, przewijał, gotował, czy też inne czynności życiowe czynił. Nigdy bym nie zrobił tego, co robię w tej chwili. Od pół roku piszę książkę dla młodzieży i w tym dobrze się czuję, i w tym się odnajduję, i mam nadzieję, że ta książka nie tylko zostanie wydana, ale i sprzedana. Myślę, że dzieciaki będą się z niej cieszyły, a ja zrobię coś pożytecznego, coś, czego na pewno bym nigdy nie zrobił, gdybym pracował jako handlowiec, bo taką pracę wykonywałem wcześniej. Dziękuję Panu Bogu za takie doświadczenie, jakim jest strata pracy. Chwała Panu!
 
 
 
Świadectwo innego mężczyzny:
 
 
 
                        Zawsze dla mnie zmiana albo strata pracy, jak się okazywało, była w sumie pozytywnym bodźcem. Zawsze tak, jak tutaj było mówione, początkowo te trudności mnie rozbijały, ograniczały moją samodzielność i zdecydowanie w działaniu. Pamiętam, że pierwszą pracę ( jestem grafikiem i pracuję w takiej branży, gdzie konkurencja jest bardzo ważna, gdzie trzeba być lepszym od innych, żeby tą pracę realizować ) zmieniłem z powodów relacji międzyludzkich. Później dostałem sygnały, że moja stara firma słabiej sobie radzi, oczywiście nie z mojego powodu, tylko z braku koniunktury na rynku - zapaść reklamowa, pensje zredukowane. Moja decyzja nie była tym spowodowana, ale okazała się słuszna. Za drugim razem zaś, to pracodawca ze mnie zrezygnował. Była to dosyć mała agencja reklamowa. Okazało się, że jak już rozstaliśmy się, to jeden z wcześniejszych klientów zadzwonił do mnie ( to jest jakaś przestroga dla pracodawców, którzy może tu się też znajdują, żeby nie wyrzucali tak łatwo swoich pracowników ) i zaproponował mi współpracę. W sumie było to dla nas dobre także pod względem finansowym. Rozwinęło ponadto we mnie samodzielność i operatywność. Teraz znów jestem na etapie zmiany pracy, bo tak mniej więcej co dwa lata ją zmieniam, nie planowo, ale tak jakoś wychodzi. Mam jednak nadzieję, że i to też przyniesie jakieś dobre owoce dla nas i... Chwała Panu!
 
 
 
Świadectwo jeszcze jednego mężczyzny:
 
 
 
                        Kościół jest miejscem składania świadectwa i rozumiem, że wszystkie osoby, które tutaj się znajdują, są mi życzliwe. Pomimo tego czuję się stremowany i proszę wszystkich, żeby mi wybaczyli moją tremę. Moją żonę, Magdę poznałem na studiach. Oboje skończyliśmy teologię. Magda jeszcze pisze pracę. Kiedy ja napisałem i obroniłem pracę magisterską, zacząłem szukać pracy. Napisałem ją dwa lata temu i do tej pory jeszcze nie udało mi się znaleźć pracy. Bywało tak, że przychodziłem do różnych pracodawców i ci pracodawcy traktowali mnie źle. I im częściej do takich trafiałem, czułem się coraz bardziej przygnębiony, coraz bardziej bałem się rozmów kwalifikacyjnych, coraz gorzej wierzyłem w siebie. Mam wiele marzeń, wiele z nich nie udało mi się do tej pory zrealizować. W zeszłym roku próbowałem zacząć nowe studia – próbowałem dostać się na weterynarię, bo mam zamiłowanie do tego zawodu. W szkole średniej nie miałem ani biologii, ani chemii. Próbowałem się nauczyć sam tych przedmiotów i nie bardzo mi się to powiodło. Coraz bardziej zawodziłem swoją żonę Magdę, coraz bardziej pogłębiał się stan beznadziejności.
 

                        Do dziś pracy nie znalazłem, ale kiedy po raz pierwszy trafiliśmy tu, w to miejsce, dla mnie osobiście był to moment, w którym otrzymałem mocną odpowiedź od Pana Boga. Spotkałem tutaj wielu ludzi, przez których Pan Bóg mówił, przez których Pan Bóg działał. Oboje w zeszłym tygodniu trafiliśmy na Kurs-Filip, gdzie Pan Bóg w sposób zupełnie wyjątkowy pokazał jak bardzo nas kocha. Dokładnie wczoraj byłem w Urzędzie Pracy po to, żeby po prostu Urząd Pracy płacił za mnie składkę zdrowotną – Magda tak samo. Nie modliłem się tam, choć wiem, że bardzo chciałem Panu Bogu powiedzieć: już czas aby chociaż na chwileczkę zatrzymać się i zostawić Tobie ten czas. Zanim zdążyłem sobie to pomyśleć, Magda podeszła do mnie i powiedziała: słuchaj, na dole jest grafik szkoleń, który możemy cię zainteresować.

Próbowała mi trochę pomóc fundacja Nadzieja, bo znam się na komputerach i chciałem zostać „WEB-masterem”. Zacząłem jednak gubić się w oprogramowaniu dotyczącym tworzenia stron internetowych.

Magda zaś przychodzi i mówi: jest taki kurs – specjalista do spraw reklamy w INTERNECIE. Ale to nie jest prosta sprawa, bo przecież nie wszystkich tam kwalifikują. Trzeba pójść tam do takiej pani, do pokoju i tam się uzyskuje punkty, które później decydują o przyjęciu na szkolenie. To był znak. Bardzo długo czeka się na decyzję o tym, żeby dostać skierowanie na szkolenie. A ja wczoraj dostałem telefon: został pan zakwalifikowany z listy rezerwowych. Proszę w poniedziałek zgłosić się po skierowanie.
Nasze zjawienie się tutaj, w tym miejscu, po dosyć długim okresie czekania na to, żeby znalazła się praca, żeby uporządkowały się nasze sprawy, było jakby takim wybuchem miłości Bożej. Nie wiem, co Pan Bóg dla nas jeszcze zaplanował. Jesteśmy pełni marzeń, mamy dużo sił do pracy i ja jeszcze nie odkryłem, jakie jest moje powołanie, choć często czuję, że moje marzenia to jest jakiś znak od Pana Boga, że On coś mi pokazuje, co mógłbym robić. Często załamuje mnie to, że wiem tak naprawdę niewiele, że mam trudności z wypowiadaniem się, zwłaszcza jak siadam przed pracodawcą. Ale odkryłem i to, że to Pan Bóg stawia mnie w takich sytuacjach. Gdy pracodawca odtrąca mnie, czuję, że Pan Bóg czegoś mnie uczy i w tej nauce nie przestaje mnie kochać, bo ja jestem Jego dzieckiem. Chciałbym powiedzieć o wiele więcej, ale nie mam już siły. Za to, że Pan Bóg mnie tutaj postawił, chwała Mu.
 

Mira Jankowska:

Jeśli chodzi o doświadczenia w poszukiwaniu pracy, to o tych rzeczach jest najtrudniej mówić – to jest najbardziej intymne i jak człowiek przechodzi taki etap, kiedy czyje się gorszy, bo do tego prowadzi okres braku pracy i upokorzony, odrzucony, niechciany – czuje się po prostu śmieciem. Człowiek się tak czuje. Przeszłam to dwa razy, więc mogę to mówić z czystym sumieniem, rozumiejąc tych, którzy coś takiego przechodzą dzisiaj. Nie wolno spowodować, aby bezrobocie zabiło człowieka, nie możemy do tego dopuścić. Bezrobocie jest pewną formą samotności. Jest znakiem czasów współczesnych. Nie wolno jednak dopuścić do tego, żeby ludzie czuli się samotni.

Miałam pretensje do mojego Kościoła, że nic się w tej materii nie dzieje, że po prostu jest tylko: módlmy się za bezrobotnych i na tym koniec. W Kościele musi tętnić życie, bo inaczej odrywa się On od rzeczywistości. Zaczęłam więc organizować spotkania modlitewne, właśnie na Kole, o czym mówił Janek. Tam przed Najświętszym Sakramentem myślę, że ludzie wymodlili różne rzeczy. Wymodlili na przykład to, że tam odbywają się takie spotkania. Od dwu i pół roku raz w tygodniu, we wtorek o godz. 18-tej są spotkania świata pracy. Najpierw jest godzina modlitwy przed Najświętszym Sakramentem, potem Msza święta. Trzecia część to jest spotkanie integracyjne. Dlatego integracyjne, że tam przychodzą pracujący, poszukujący pracy, i pracodawcy-przedsiębiorcy. Człowiek nie może z problemem pracy zostać sam.