Autor: ks. Krzysztof Grzejszczyk      

RODZINA WOBEC UZALEŻNIEŃ

"W końcu bądźcie mocni w Panu - siłą Jego potęgi. Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich. Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko.

Stańcie więc do walki 'przepasawszy biodra wasze prawdą' i oblókłszy 'pancerz, którym jest sprawiedliwość', a obuwszy 'nogi w gotowość głoszenia dobrej nowiny o pokoju'. W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Weźcie też 'hełm zbawienia i miecz Ducha' to jest 'słowo Boże' - wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych i za mnie, aby dane mi było słowo, gdy usta moje otworzę, dla jawnego i swobodnego głoszenia tajemnicy Ewangelii, dla której sprawuję poselstwo jako więzień, ażebym jawnie ją wypowiedział, tak jak winienem." (Ef 6,10-20)

Wśród stacji Drogi Krzyżowej jest stacja, gdzie Pan Jezus upomina płaczące niewiasty. Te się użalają, bo widzą cierpiącego Jezusa, a Pan Jezus, nie patrząc na siebie, mówi : Nie płaczcie nade Mną, ale płaczcie nad synami waszymi.
Wg Słownika Języka Polskiego zależny oznacza: zdeterminowany, uwarunkowany, czy określony (od czegoś) lub podporządkowany komuś, czemuś, będący pod czyjąś władzą czy wpływem, także niesamodzielny. Zaś uzależniony, wg tegoż słownika, oznacza podporządkowany komuś. Tu trzeba dodać: definitywnie podporządkowany, podległy komuś, czemuś. To się już dokonało: uzależniłem się, czy uzależniłem także kogoś. Zależny to poprostu podległy całkowicie komuś.

Zależność jest takim pierwszym etapem uzależnienia, to taki etap psychiczny, mentalny, trochę duchowy: czujemy, że wsiąkamy; czujemy, że "bierze nas". Potem dopiero rodzi się uzależnienie. Zależność może się przeobrazić w uzależnienie człowieka czyli trwałe zniewolenie. Mówimy tu oczywiście w aspekcie negatywnym, czyli o trwałej niewoli. W aspekcie pozytywnym Pan Bóg uzależnił się, związał się niejako z nami i jest to źródłem naszej nadziei. Pan Jezus właśnie dlatego, że nam tyle rzeczy zagraża, że tyle rzeczy może nas kusić, związał się z nami.

Człowiek jest istotą słabą więc mądra rodzina buduje na profilaktyce. Psychologowie biją na alarm, że czasy dzisiejsze, to takie czasy ludzi słabych, załamujących się. Pisze się coraz więcej książek na temat: toksyczny małżonek, toksyczna żona, toksyczny ojciec, toksyczna matka, teściowa, czyli o zależnościach, nienajlepszych wpływach, które są zasiane w sercu człowieka. Taka rzeczywistość funkcjonuje w świecie, to fakt , a obok tej rzeczywistości, równolegle, jest taka rzeczywistość Boża, trwała, niezmienna, jak fundament, jest przy nas Chrystus - opoka. Ważne jest więc, żeby uzależnić swoją rodzinę, żeby ją związać z wolnego wyboru z tym, co jest rzeczą dobrą. W chrześcijańskim stylu życia jest bardzo prosta zasada: zwiąż się z Chrystusem, zwiąż swoją rodzinę z Chrystusem, uzależnij wszystkie swoje decyzje od Chrystusa.

Możemy się więc uzależniać od osób, od rzeczy, od sytuacji, od Pana Boga także. Najważniejsze jest przyjęcie prawdy, że istnieję z woli Bożej, że według zamysłu Bożego jestem istotą wolną. Nie jestem więc zdeterminowany, nawet do miłości. Miłość muszę uczynić wyborem, zasadą, wręcz powinnością . Żeby kogoś ocalić,muszę najpierw sam uzależnić się od Chrystusa.

Czy stajemy się w rodzinie zależnymi od Chrystusa po to, żeby być bardziej zdystansowanymi do tego, co nas może uzależnić: od rzeczy, od domu, od mieszkania a nawet od modlitw?
Jak można zdefiniować zdrową, silną, dojrzałą rodzinę? Zdrowa rodzina to taka, która chce obdarzać się miłością. Żeby obdarzać się miłością, potrzeba dwóch rzeczy: wiary i modlitwy, czyli autentycznego związku z Bogiem. Te dwie rzeczy są fundamentalne, inaczej oczekiwanie na miłość staje się tylko oczekiwaniem. Jeśli nie ma w nas wiary rzeczywistej, konkretnej, codziennej, jeśli nie ma wiary wyrażonej w modlitwie, w codziennym wołaniu do Boga, w codziennym zwracaniu się do Boga, słuchaniu co Bóg ma mi do powiedzenia, oczekiwaniu od Niego umocnienia, światła, nadziei, to budujemy życie na sobie. Dość szybko doświadczamy, że nasze siły wyczerpują się, popełniamy dużo błędów i spalamy się szybko. Zdrowa rodzina, to jest taka rodzina, która rzeczywiście buduje wszystko na Bogu, Jego doświadcza, Jego czci, Jemu dziękuje, Jego prosi. Jest Ktoś, do kogo można się udać, jest Ktoś, kto jest dawcą miłości, życia, kto ma siłę sprawczą, żeby uruchamiać to, co jest istotne i żeby prowadzić na tym etapie rodziców i dzieci we właściwym kierunku. Po drugie, podkreślam jeszcze raz, jest to rodzina modląca się. Dlaczego jest to ważne? Przez modlitwę formuje się światopogląd, przez modlitwę formuje się wiara, przez modlitwę formuje się nadzieja, oczekiwania, tęsknoty, przez modlitwę kształtuje się w życiu dziecka prawdziwie serce. Tam dziecko się kształtuje, dusza dziecka się kształtuje, tam kształtuje się wiara w takim najgłębszym znaczeniu, a zarazem taka zdolność dziecka czy dzieci do odpowiedzi kiedyś komuś na słowo prawdy. Kiedy dzieciak się zakocha, czy będzie chciał stawiać swoje kroki samodzielnie, to dzięki modlitwie, bez żadnych tam jakichś moralizowań, będziecie mogli powiedzieć: "A czy to zostało naprawdę uzgodnione z Panem Jezusem? A co Pan Jezus ci mówi?" To jest najprostsze kryterium, najjaśniejsze, najczytelniejsze. Nie pozbawiacie się autorytetu, macie prawo i obowiązek powiedzieć, wytłumaczyć, ostrzec, pouczyć, ale odsyłacie dziecko do "pierwszej instancji" - najważniejszej Instancji. Dziecko ze swoim sumieniem, ze swoją wrażliwością ma iść przed majestat Chrystusa i postawić Mu pytanie. Tu się sprawdza z kim czy z czym i jak dziecko się liczy, i jak się będzie liczyło potem, jak będzie przeżywało odpowiedzialność za współpartnera w znaczeniu chłopak-dziewczyna, czy narzeczony-narzeczona, potem mąż czy żona, odpowiedzialnośćzawłasne dzieci. Rodzina zdrowa, to właśnie rodzina modląca się. Konsekwencje tego są także takie, że rodzina, która się modli, umie żyć w dialogu ze sobą, umie rozmawiać, bo ktoś, kto modli się, będzie umiał w sposób naturalny rozmawiać, prowadzić dialog, będzie umiał słuchać, jeśli modlitwa naprawdę jest wystarczająco głęboka. Ten, kto z Bogiem rozmawia, będzie umiał rzeczywiście znaleźć siłę, gdy trzeba powiedzieć coś trudnego, będzie umiał znaleźć miłość, gdy trzeba powiedzieć coś w języku miłości, będzie umiał słuchać, kiedy trzeba milczeć itd.Taka modlitwa uczy człowieka szczerości. Dziś wiele rodzin jest takich, gdzie nie ma klimatu szczerości, między rodzicami nie ma klimatu szczerości, wiele rzeczy jest nie uzgodnionych, wiele rzeczy na "łapu capu", szybko się rozstrzyga, nie ma postawy takiej przejrzystości. I dziecko jak widzi takie matactwa (to modne dzisiaj słowo) w domu, między rodzicami, no to potem samo zaczyna mataczyć, "kręcić". A wiecie, że wraz z pierwszym kłamstwem dziecka - koniec więzi rodzinnych, absolutnie koniec więzi rodzinnych! Pamiętajmy: Chrystus właśnie odkłamuje. Po to jest spowiedź na przykład, po to są wszystkie kroki pokutne, które możemy wykorzystać, żeby rzeczywiście ta postawa szczerości prawdy, czy jakiejś przezroczystości była między wszystkimi członkami rodziny. Wreszcie ten, kto się modli na pewno będzie w sobie miał o wiele większą cierpliwość, niż na to wskazują możliwości naturalne. Taka cierpliwość jest absolutnie konieczna matce w domu, bo ona jest tą pierwszą osobą, która wobec dzieci, wobec tej bezradności, małości, dorastania dziecka staje. Z całą gamą swoich emocji przeżywa wszystko co się dzieje w domu rodzinnym, ale cierpliwość jej jest konsekwencją modlitwy. Człowiek często jest niecierpliwy, bo sam musi dojrzewać dopiero w życiu, mąż musi dorastać do roli ojca, żona musi dorastać do roli matki, dopiero potem w życiu się kształtuje i dojrzewa albo nie dojrzewa. Rodzina zdrowa musi więc żyć przebaczeniem. Wciąż nie dorastamy do czegoś, wciąż się coś gubi, wciąż się coś przekreśla, niszczy i dlatego trzeba dużo przebaczenia. Często pytam w konfesjonale takie osoby, które mówią, częściej kobiety to mówią, "zdenerwowałam się na dzieci i..przyrżnęłam.": " czy przeprosiłaś swoje dzieci?" A kobieta: "Ach! Ja? Ja mam przeprosić?" Nie chodzi o to, że dziecko zawiniło, a ty masz przepraszać, ale chodzi o to, żeby dziecko nauczyć, że mama się zniecierpliwiła i ma do tego prawo, ale ma jeszcze większy przywilej przeprosić dziecko. Wtedy w oczach dziecka mama zdobędzie jeszcze większy autorytet, więzi będą mogły być zadzierzgnięte, o wiele większe więzi! To nie chodzi o jakieś tam autoupokarzanie się, ale chodzi o budowanie autentycznych więzi. Wreszcie rodzina mądra, to rodzina, która podejmuje trud kształcenia, wychowywania, odpowiedzialności. Wczoraj rozmawiam z dziewczyną i ona mówi mi tak, że mieszka z koleżanką i coraz częściej zaczyna nocować trzeci ktoś-tam, a obydwie chodzą do jakiejś-tam wspólnoty, chłopak zaczyna mieszkać i... i ja ją pytam: "A czy ty z nią rozmawiałaś?" - A ona mówi - "Tak, raz. Ale więcej nie będę rozmawiała - mówi - bo ona jest dorosła, bo ona jest dojrzała." Klasyczna ucieczka. Tak rodzice czasami postępują - klasyczna ucieczka w taką tolerancję - dziecko jest jakby dojrzałe, no to już niech dziecko samo wybiera. To jeden z takich, potężnych mitów w naszych czasach, że rodzice dyspensują się od władzy, którą im dał Bóg, bo rodzice są zastępcami Pana Jezusa tu na ziemi. Nawet dla siebie jesteście wychowawcami . Człowiek dyspensuje się łatwo od takiej odpowiedzialności. Nie chodzi o to by moralizować, ale chodzi o to by w szczerości i w prawdzie, jeżeli to jest przyjaźń i jeżeli jest to jakaś relacja chrześcijańska, odbyć autentycznie dojrzałą, głęboką rozmowę na zadany temat, żeby było coś właśnie w sposób szczery określone i ujęte.

W tym kontekście dopiero chcę powiedzieć o pewnych rzeczach, które mogą grozić, które mogą być zagrożeniem, czy które mogą uzależniać. Każdy ojciec, matka, każdy mąż, żona musi postawić sobie pytanie: Jak i przed czym ja mam bronić swoją rodzinę? Przed jakimi wpływami? Większość z was zna dzieci, znacie siebie, wiecie w czym ktoś jest tak na dobrą sprawę słaby, wpływowy, miękki. Trzeba pytać wtedy Boga na modlitwie, jak bronić i przed czym bronić mam moją rodzinę? Jakie są metody, jakie środki, jakie sposoby? Na pewno jest to modlitwa ale też są to i inne sposoby. Większość ludzi nie ma odwagi iść i szukać porady. Polacy należą do takich indywidualistów, zamkną się w swoim domu i cierpią. Jak jedno przeżywa męki, to one się udzielają drugiej osobie. I dwie osoby już cierpią. A jak są dzieci, no to i dzieci cierpią. Trzeba by te drzwi po prostu otworzyć, iść do kogoś, pogadać... U podstaw wielu nerwic jest to, że ktoś nie ma odwagi, bo jest zamknięty i się wstydzi w ogóle otworzyć buzię. Trzeba po prostu znaleźć sobie kogoś, z kim będziesz mógł porozmawiać. Dlatego przyjaźń autentyczna jest konieczna. Dlatego kręgi, które budujemy, muszą być oparte na przyjaźni. Mówimy, żeby znaleźć jakąś receptę dla siebie, jakąś obronę, żeby na tym budować dalej, głębiej, wyżej bezcenne dobro swojej rodziny, swojego związku.
Trzeba też zidentyfikować te pola uzależnień. Co mi grozi? Rzadko wam grozi, tak myślę, niewierność. Dobrze jednak wiecie, że nie ma człowieka mądrego, nawet wiele dowcipów jest na ten temat, jak to Mojżesz schodzi z Dziesięcioma Przykazaniami i mówi: tu Bóg dał nam 10 przykazań, zaczął czytać i doszedł do szóstego; Wykreśl! Wykreśl! -krzyczą. Taka jest natura człowieka, że chciałby kosztować życia, a nie głębi relacji z jedną osobą. Chciałby kosztować jedynie swej seksualności, przyjemności, a nie chciałby budować dojrzałej relacji w szczęściu i radości. Trzeba zidentyfikować pola uzależnień. Mówię o tej dziedzinie dlatego, że Warszawa jest takim miastem, gdzie 50% związków jest rozbitych. A co się dzieje jeszcze ze zjawiskiem zdrad małżeńskich? To jest całkiem inne pole odpowiedzialności. Nie jest to błahy problem.

Wymienię teraz takie rzeczy, które mogą być zagrożeniem w znaczeniu uzależnienia. Zacznę od takiej prostej rzeczy, ucieczki od miłości małżeńskiej, ucieczki od przeżywania miłości we dwoje, na przykład w dzieci, w rodzinę, w dom, w pracę. Uważam, że jest to pierwsze zagrożenie, że nie przeżywamy autentycznie miłości między sobą: mąż wobec żony, żona wobec męża. Niektórzy straszny lęk przeżywają, kiedy dzieci dorastają: " Co to będzie, jak dzieci wyjdą z domu i my sami nagle zostaniemy? Co to będzie? Czy my będziemy umieli żyć we dwoje?"

Jest iluzją mówić: wychowujemy dzieci, bo czym się dzieci wychowuje? Właśnie miłością, czyli relacją! Jeżeli nie ma autentycznej relacji, to są jedynie troski, zatroskanie wobec dzieci, matka jest "kurą domową", która wszystko za dzieci robi. Ojciec Karol Meissner, kiedy odwiedza swoje rodziny, a tam są takie maluszki, na przykład trzyletnie, to stawia pierwsze pytanie przy matce, przy rodzicach: "A jakie Jasio ma obowiązki w domu?" Mama od razu tak odpowiada: Dziecko? Trzylatek? Proszę Ojca... To ja mam za dziecko wszystko zrobić." A on mówi: "Niech choćby podlewa codziennie czy w tygodniu jeden kwiatek. Nawet, jak zmarnuje ten kwiatek, to się będzie miał okazję nauczyć minimum odpowiedzialności." W pewnym momencie dopiero zaczyna mu nakładać obowiązki i się dziwi, że się dziecko buntuje. Za późno! Właśnie od samego początku coś malusieńkiego, ale wiedz Jasiu, że jesteś za to odpowiedzialny - to jest twój kwiat, to jest twoje miejsce, to jest twoje pole. Pierwszeństwo ma wasza miłość, wasza relacja. Wtedy możecie być pewni o wychowanie. Jeżeli będzie dialog, relacja dobra między wami, to będziecie mogli siebie upomnieć czy sobie wytłumaczyć, znaleźć dobre rozwiązanie.

Rodzina może też być bierna, obojętna, nawet cyniczna: jakoś to będzie, żyjemy z dnia na dzień, nie mamy ideałów, nie mamy konkretnych zasad. Na przykład rodzice boją się dziecku powiedzieć: "ta muzyka mi się nie podoba". Rodzice mogą tak zobojętnieć, bo sami nie mają wyrobionego smaku do dobrej muzyki, dobrej kultury, dobrej duchowości. Jesteście po to, żeby kształtować gusta, smaki, kształtować to, co kulturą nazywamy, czyli pewnym sposobem komunikowania się ze światem, przyjmowania, a zarazem filtrowania. Trzeba nauczyć dziecko takich dojrzałych filtrów, bo szkoła może być różna. Najczęściej jest ona właśnie byle jaka, postawy ludzkie są byle jakie, tam psychologia tłumu działa i te negatywne mechanizmy się jakby zwielokrotniają. Dobrze, żeby wasze dziecko było tam liderem, nie tylko wpływowym dzieckiem, które będzie przynosiło coś do domu, a wy ze zmartwienia i zgryzoty będziecie potem wrzodów żołądka dostawać.

Też rodziną niezdrową jest rodzina zalękniona, nieufna. Gdy się dzieje jakieś zło, jakiś niepokój o dziecko, można powiedzieć sobie: "Zaraz, zaraz, w ręku Opatrzności Bożej jesteśmy, coś się stało, my mamy to kształtować!" Nie z zalęknieniem nakrzyczeć, awanturę zrobić, ale z ufnością i nadzieją w swoim sercu zareagować. Prawidłowe postawy wychowawcze będą kształtować przyszłość. Z tym problemem nieufności, zalęknienia związana jest bardzo ważna cecha negatywna, narzekanie, czy biblijnie mówiąc szemranie. Jest coś trudnego, coś nie po naszemu idzie, no to... Matka na ojca z dziećmi spiski knuje zamiast iść do "zdrowej" koleżanki, która by powiedziała: "Słuchaj, ty przesadzasz!" Ona z dziećmi to omawia, a potem dzieci są rozdarte. Dziecko kocha ojca a tu słyszy jak matka mówi, że "ten ojciec to jest taki a taki". Biedne dziecko "nakręca" przeciwko własnemu ojcu. To jest straszna i paskudna wada - ten duch narzekania, szemrania czy ustawiania przeciw komuś, też faworyzowania dzieci. Niestety, często się faworyzuje to ładniejsze, inteligentniejsze. Jeszcze raz wzywam was do wiary w Opatrzność Bożą, bo trudno w tym względzie o doskonałość!
Wreszcie jakaś pogoń za modą, bezkrytyczność. Ludzie kochają tę papkę, którą poda telewizja - to widać po wyborach, ile osób tak łatwo zwieść obietnicami. Ludzie są wpływowi, łatwo ich omotać. Trzeba tutaj rezygnować z takiej postawy bezkrytycyzmu. Rodzina zdrowa, dojrzała musi być rodziną krytyczną, to znaczy rozstrzygającą co będzie dobre dla nas. Jest to temat do dialogu małżeńskiego, zobiektywizować otaczającą nas rzeczywistość. W rodzinie bezkrytycznej nie upilnuje się dziecka wściekle uzależnionego od mody, np. butów z czubem i.t.d. Nie chodzi o to, by zabraniać wszystkiego dziecku, nie! Chodzi o to, żeby dziecko nie było słabe: ma kaprys i już to musi mieć: nakaz mody, koncert. No, dobrze, jak dziecko pójdzie nawet na jakiś koncert muzyki "heavymetalowej", żeby zobaczyło. Potem jednak do was należy ukształtować gusta, żeby dziecko miało właśnie zdrowy osąd. Izolacja nigdy nie jest dobra. Ona bardzo często odbija się negatywnie, więc niech dziecko dotknie jakiegoś "smrodu", ale niech potem umie nazwać to coś, co nie jest dobre. Chodzi o to, żeby dzieci wasze nie były słabe, zagubione, zmienne, skazane jedynie na kaprysy naszych czasów.

Wreszcie szalenie niebezpieczne są takie relacje przedmiotowe czy rzeczowe. Dziecko traktuje się funkcjonalnie a nie personalnie, nie ma takiego osobistego patrzenia na człowieka, na jego problemy. A każdy ma inne problemy, każdy ma inny charakter. Problemy dzieci waszych wynikają z osobowości, z charakteru, z historii i dlatego trzeba takiego personalistycznego patrzenia, osobistego patrzenia. Zagrożeniem jest materializm w wielu formach. Znajoma mi opowiadała: "Ja nie mogę tam już jeździć, no bo tam jedynie się rozmawia o tym, że a w przeciągu roku sprzedali swoje mieszkanie, kupili działkę, pobudowali się. Do dziecka jeżdżę jako matka chrzestna a tu dzieciak jakby oczekiwał tylko na to, co dostanie, tylko na to!". Póki był jeszcze młody, to ona się umawiała, podjeżdżała do domu i z dzieckiem szła na mszę dla dzieci, żeby rodzice mogli iść na normalną mszę. Tak zrozumiała, że może wypełniać funkcję matki chrzestnej, ale w tej chwili mówi: "Wiesz, to są dwa światy, nie mamy o czym rozmawiać, nie ma tam żadnego życia duchowego.

Kolejne zagrożenie to dom zamknięty, nie "przewietrzony". Wyobraźcie sobie, że wasze dzieci skazujecie na to, żeby tylko waszym światem żyły. To pięknie, no ale jeżeli wymarły w was jakieś pasje życiowe i jesteście trochę "spierniczali" już, no to co wtedy, czym dziecko będzie żyło? Jeżeli jakieś problemy akurat przez rok "międlicie", to taki dom jest zamknięty, jest straszną pułapką, niewolą. Dziecko w pewnym momencie już żyje tylko tym. Ideałem jest rodzina wielopokoleniowa. To jest nadal model chrześcijański i tego trzeba bardzo bronić. Są dziadkowie, jesteście wy, potem będzie ta inna rodzina, ale są też inne małżeństwa. Wtedy jest zapewniony autentyczny rozwój dla dziecka!

Ostatni element, to takie nadmierne skupienie się na dzieciach. Będziemy żyć życiem dziecka jedynie, będziemy sprawdzać zeszyty, kontrolować ubrania, wszystko! Wtedy będzie O'K. Tak na dobrą sprawę, nie jest to troska o dobro, o rozwój dziecka, ale jest to takie "zapętlenie się". Często naprawdę jest to ucieczka od takiej autentycznie przeżywanej miłości między mężem i żoną.

Oczywiście jeszcze jest i egoizm, i ludzkie wady - to wszystko jest zagrożeniem. Ja się zwykle podśmiewam, że wasze dzieci dziedziczą wasze wady. Jak jakiś dzieciak coś tam pokazuje, mówię: "Ciekawe po kim on to ma? Po kim to dziedziczy?" Rodzice się obruszają wtedy: "A, to po mężu, nie po mnie". To jest oczywiste, że dziecko dziedziczy, no, ale potem jeszcze jak widzi pewne postawy, to je przyjmuje, nasiąka nimi. Trzeba mieć tu zdrowy rozsądek i nie obrażać się, tylko iść dalej do przodu, budować, eliminować, kształtować, przemieniać.