Rok temu o tej porze, gdy zaczynał się adwent nasza rodzina liczyła cztery osoby. Klasyczne dwa plus dwa. Tata, mama, córeczka, synek. Wszyscy zdrowi, szczęśliwi, piękni, życie można powiedzieć poukładane.„Wszystkie dzieci w domu” jak często mawiali nam bo i chłopiec i dziewczynka... Kinga niespełna 5 latek a Pawełek wtedy miał niecałe 3. Można powiedzieć że dzieci już „odchowane” i można zacząć myśleć o sobie... o planach zawodowych, można szukać spokoju, odpoczynku, spełnienia, samorealizacji... Można! W każdym razie tak podpowiada świat. Można. A jednak w moim sercu był już ktoś jeszcze...
Rok temu w czasie adwentu Pan napełniał mnie wielkim pragnieniem kolejnego dziecka. Tak silnym, tak autentycznym, tak pięknym, że bez wątpliwości odczytywałam je jako Bożą zachętę do podjęcia takiej decyzji. To pragnienie zaznaczało się już wcześniej. Ale w tamtym czasie adwentu, kiedy razem z Maryją przygotowywałam się na przyjście Jej Syna, stawało się ono coraz bardziej realnym.
To co chcę napisać, to krótkie świadectwo o tym jak pragnienia mojego serca walczyły z duchem tego świata. Jak logika ludzka podpowiadała jedno, a w sercu tętniła miłosna tęsknota za nowym życiem.
A duch tego świata mówił: daj sobie spokój, pomyśl o sobie, przecież nie starczy ci cierpliwości i miłości. Przecież nie możesz zaniedbać dzieci, które już masz... nie będziesz miała czasu dla nich, będą się czuły odrzucone, zazdrosne... Nie dacie rady z mężem ogarnąć domu i wszystkich bieżących spraw jak będzie jeszcze jedno dziecko. Czasami te kłamstwa pojawiały się w mojej głowie, czasami w męża, czasem jakiś znajomy lub bliski człowiek patrzył z politowaniem na mnie (jak już było widać ciążę). Albo wprost pytał „Po co kolejne dziecko? Przecież macie już komplet w domu...” Inni dopytywali o warunki mieszkaniowe... czy na pewno sobie poradzimy? Czy mamy wystarczająco dużo pokoi żeby pomieścić wszystkie dzieci... Przecież najlepiej jakby każde miało swój osobny... a co z samochodem? Jak wy się pomieścicie...? Myśli zwątpienia pojawiały się też dosyć nachalnie w naszych sercach, siejąc zamęt i nieufność. Mój mąż (dopiero niedawno się ze mną tym podzielił) miał taki moment próby, kiedy Zły duch zasiał w nim nieufność do Boga... że jak będziemy mieć trzecie dziecko, a jesteśmy wierzący, wszystko nam się układa, mamy zdrowe i piękne dzieci, to na pewno z trzecim coś będzie nie tak. Na pewno Bóg ześle nam chore lub niepełnosprawne dziecko. Na pewno teraz to dowali nam jakiś krzyż, bo przecież nie może być tak pięknie. Takie były kłamstwa ojca kłamstwa. (por J 8,44)
A co mówił w tym czasie Bóg?
Pan mówił do mnie łagodnie. Mój Pan nie był nachalny. Nie posługiwał się słowami przymusu, nakazu ani zakazu. Nie siał niepokoju, nie oskarżał mnie jeśli odkładałam z mężem decyzję o poczęciu, nie strofował i nie ganił. Mówił bardzo mocno, że mnie kocha. Że pragnie abym Mu zaufała jeszcze bardziej. Jeszcze mocniej niż do tej pory powierzyła się Jego opiece. Abym wskoczyła w jego rozłożone ramiona i niczym się nie martwiła. On jest i zawsze będzie blisko.
Na spotkaniu wspólnoty Zespołu Formacji Rodzin, podczas modlitwy wstawienniczej bardzo wyraźnie z ust modlących się osób – modlących się za nasze małżeństwo – usłyszeliśmy, że Bóg wzywa nas do jeszcze większego zaufania Mu. Wtedy – jeszcze nie wiedziałam – w czym dokładnie to zaufanie będzie się objawiać, ale powiedziałam Amen. Pragnęłam ufać mojemu Bogu jeszcze bardziej.
Drugim takim głosem – bardzo ważnym dla mnie – były słowa liderki wspólnoty DOM z Rakowieckiej, na których spotkania czasem z mężem chodziliśmy rozeznając gdzie jest nasze miejsce. Marysia mówiła o zaufaniu i robieniu kroków ku nowym wyzwaniom do jakich Bóg nas zaprasza. Nigdy nie zapomnę, jak przytoczyła taki obraz... wyobraź sobie, że stoisz na trampolinie, takiej do skoków do basenu... wchodzisz na tą cienką deskę, masz wykonać skok, jesteś tuż na krawędzi, umiesz to robić, więc sam skok nie jest dla ciebie wyzwaniem. Ale... patrzysz w dół, patrzysz gdzie skoczyć, a tam... widzisz pusty basen. Nie ma w nim wody. Tylko twardy, spękany beton. Stoisz na tej odskoczni w szoku. A wtedy mówi do ciebie Pan: skacz, napełnię basen wodą jak będziesz leciał.
Te słowa mówiły prosto do mojego serca. Dla mnie decyzja o kolejnym dziecku, to było jak skok do takiego pustego basenu. Musiałam zaufać Panu, że wypełni ten basen swoją łaską – miłością, cierpliwością, mądrością, opanowaniem... Co więcej, że będzie dolewał do tego spękanego naczynia cały czas świeżej wody, aby nigdy nam nie zabrakło tych darów w wychowywaniu dzieci, we wzajemnych relacjach, w codziennych zmaganiach.
„Zaufałam Panu i już i niczego nie muszę się lękać!”
Wskoczyłam! Wskoczyliśmy razem z mężem! Chwilę to trwało zanim się oboje zdecydowaliśmy, ale warto było. Zapewniam Cie, że Bóg pomnożył nasze rodzinne szczęście. Pomnożył w nas miłość. W nas i w naszych dzieciach. Będę o tym jeszcze pisać, bo w moim sercu jest ogromna wdzięczność. Za tę decyzję, za naszą rodzinę Bogiem silną, za błogosławieństwo jakiego codziennie dostępujemy od naszego wspaniałego Taty!
JEMU chwała.

Kasia